Czym jest coaching? O tym co chcesz mieć w zamian.

Moja ulubiona definicja.

Ponad 2 lata temu usłyszałam świetną definicję coachingu. Dziś podzielę się z Tobą historią, która pięknie pokaże Ci czym jest coaching.

Pewnego dnia młody Milton H. Erickson szedł poprzez okoliczne uliczki w stronę swojego domu. Nagle zauważył, że przy jednym z płotów stoi koń, osiodłany, gotowy do jazdy jednak w ogóle nie uwiązany i chyba niczyj. Zbliżył się zatem do konia i z bliska zobaczył, że uprząż był zerwana i na koniu nie było żadnego znajomego znaku okolicznych farmerów.

Erickson domyślił się, że ten koń pewnie się zerwał komuś obcemu, spoza ich miejscowości. Erickson, jak zwykle ciekawy, postanowił znaleźć właściciela konia. Dosiadł konia i ścisnął go nogami tak aby ten ruszył. Koń, bardzo zresztą spokojny, podniósł nieco łeb, rozejrzał się i powoli ruszył wzdłuż ogrodzeń, drogą wiodącą do zupełnie obcej miejscowości.

Koń spokojnie podążał w tym samym kierunku przez jakiś czas, gdy w pewnym momencie przystanął.

I tak stał sobie nic nie robiąc przez jakąś chwilę, po czym zaczął najspokojniej skubać trawę, której zresztą było wokoło bardzo dużo. Po kilku chwilach Erickson zdecydował się lekko ściągnąć konia, spiął go i koń znowu lekko podniósł łeb, rozejrzał się i poszedł dalej w tym samym kierunku.

Mniej więcej po około mili, koń przystanął, rozejrzał się i skręcił w prawo, w pole pomiędzy zagonami kukurydzy. Jechali tak ze trzy mile, kiedy koń przystanął i zaczął się rozglądać. Po kilku chwilach koń wciąż stał w miejscu jakby nie wiedział, co dalej. Erickson znowu ściągnął lekko konia, spiął go i koń ruszył.

Po kilkunastu metrach skręcił w lewo i dalej idąc w tym kierunku, pomiędzy kolejnymi zagonami kukurydzy doszli po około dwóch milach do jakiegoś domostwa. Człowiek, który się tam kręcił, spojrzawszy na konia i jeźdźca zawołał uradowany.

„Skąd wiedziałeś, że to mój koń? Zerwał się o brzasku i gdzieś pogalopował. Myślałem, że już go straciłem.?” Erickson zsiadłszy z konia uśmiechnął się i odpowiedział. „Nie wiedziałem, że to twój koń. I nie wiedziałem, gdzie mieszkasz.”

Właściciel konia spojrzał się podejrzliwie i zapytał. „To jak tu trafiliście? Przecież musiałeś wiedzieć, gdzie odprowadzić konia?” Erickson popatrzył się na właściciela, uśmiechnął się i powtórzył. „Nie wiedziałem. To on wiedział”- pokazał na konia. „Ja tylko pilnowałem, aby koń szedł. Dbałem o to, aby szedł dobrą drogą i stał w miejscu. On wiedział sam najlepiej jak trafić do zagrody.”

Anegdota,

która świetnie odzwierciedla relację, która jest między coachem, a coachee ( klient). Koń, który symbolizuje coachee, wie co robić. Wie dokąd idzie, drogę do domu ma w sobie, ale czasem się zatrzymuje, żeby sobie popodziwiać, poskubać trawkę i odpocząć, i cel się oddala. To zupełnie tak jak z nami, niby chcemy się nie spóźniać, wychodzimy do pracy, w sumie mamy dobry czas i ciach… na wystawie piękna torebka, ale jaka cudna i w promocji! I tak stoimy, podziwiamy i już planujemy, że jak będziemy wracać to chyba się na nią skusimy. Wtedy wybija 8.00, a do pracy jeszcze dobre 5 minut drogi, nasz cel znowu się oddalił. Dziś znów nie będziemy na czas.

Milton Erickson, który symbolizuje coacha, daje mnóstwo przestrzeni. I ta przestań w coachingu jest słowem kluczowym.

Po weekendzie…

Znacie to, prawda? Wszyscy wracają po weekendzie do pracy, na uczelnię i gadają. Każdy chce powiedzieć co u niego się wydarzyło. Każdy chce być w centrum, nawet jeśli chce opowiedzieć, że no właściwie to był najpierw bifor, potem wszyscy wyszli do klubu… no i w tym klubie… i Ty czekasz na puentę, i dowiadujesz się, że… w tym klubie to trochę tańczyli. Historia bez puenty, ale każdy chce się wypowiedzieć.

Coach siada i rozmawia z Tobą o Tobie.

Odkrywcze, prawda?

Dla mnie to mega odkrywcze. Bo zobaczcie, w pracy, na uczelni, czy na spotkaniu każdy chce coś powiedzieć.  Jasne, są ludzie, którzy naprawdę słuchają, ale jest ich zdecydowanie mniej. I zauważcie, że dość rzadko zdarza się, że taki Grzegorz wraca z pracy, je obiad i kładzie się na łóżku, bądź sobie siada i myśli,  czego tak naprawdę chce, gdzie jest teraz, a gdzie chce być np. za rok i jak to osiągnąć.

Większość ludzi niezbyt często, jeśli kiedykolwiek, rozmawia ze samym  sobą i słucha co tak naprawdę ma sobie do powiedzenia. Dlatego zupełnie odkrywcza w coachingu jest dla mnie obecność coacha. Obecność i 100 % koncentracji na drugim człowieku, jego celu, jego zasobach, jego opcjach, jego możliwościach, jego wyborze. Ta obecność coacha przejawia się w takiej czystej kartce, coach to tabula rasa, słucha, nie ocenia. Czasem delikatnie wskaże moment, w którym zbacza się z drogi, ale robi to w sposób prawie niezauważalny, tak że coachee myśli, że sam wrócił i taka umiejętność wymaga od coacha ogromnego doświadczenia i wyczucia, ale to jest magiczne.

Łatwo kogoś „zkołczować”.

Bardzo łatwo. Ludzie często się wzajemnie kołczują. Kiedy wejdziesz na jakieś forum, gdzie Ola z Wrocławia pisze do ludzi, że tak dobrze chciałaby zdać egzamin, ale się strasznie stresuje i co robić, to Zosia z Konina odpisuje jej – ojej, ja też tak miałam no i nie zdałam! Roman doda komentarz, że on to miał ubraną szczęśliwą skarpetę i zdał, i teraz to jej wcale nie pierze, bo się boi, że mu się szczęście wypierze, a jeszcze jakiś inny Marian poradzi- zrób to i to, tak i tak, i to gotowa recepta i na pewno zadziała.

W coachingu…

Nie ma miejsca na takie rady, zrób to i to i tak będzie dobrze. Nie ma miejsca na- ja też tak miałam!

Jest miejsce na człowieka. Coach zdaje sobie sprawę, że po drugiej stronie jest zawsze człowiek, ze swoimi doświadczeniami, wartościami, emocjami, celami, przeżyciami, zasobami. Człowiek i jego cały bagaż. I ich partnerska relacja ( według analizy transakcyjnej relacja na poziomie dorosły- dorosły) gwarantuje przestrzeń dla klienta. Coachee przychodzi z tematem, który chciałby przepracować. Większość z nas ma coś takiego, że jesteśmy TU i TERAZ, tacy, ale gdzieś tam widzimy siebie w przyszłości TAM i to tacy ulega zmianie i nie jesteśmy już TAM tacy. I do coacha przychodzimy podyskutować, co zrobić, żeby ta droga z TU doprowadziła nas krok po kroku na miejsce TAM. Zadaniem coacha jest zadawanie pytań, które zapraszają coachee do pomyślenia, zajrzenia w głąb siebie i odkrycia czegoś, co coachee już ma, ale tego tak nie widział.

2 mocne pytania.

Te pytania, które zapraszają do myślenia, są magiczne. Magia polega na tym, że obserwujemy konkretną sytuację, konkretną zmianę z różnych perspektyw. Trochę ze swojej strony, trochę ze strony obserwatora i jeszcze z kilku stron. I widzimy więcej.

Dwa pytania, które lubię i, które są mocne to– Co chcesz mieć w zamian? Bo ludzie zazwyczaj mówią- „ Nie chcę się spóźniać”,  „ Nie chcę być niekonsekwentna w działaniu”, „ Nie chcę być gruba” i kiedy zapyta się człowieka o to co zamiast tego chce mieć, to się zdziwi ;-). No bo wie, czego nie chce i nagle uświadamia sobie- kurczę, no tak, chcę to i to.  Drugie takie bardzo ważne pytanie, które umożliwia spotkanie się z perspektywami – Co się stanie, jeśli nic się nie zmieni? Bo czasem mamy taki opór przed zmianą, bo teraz nie jest tak źle, a może się zdarzyć że zmiana się nie uda. Ale, gdy człowiek pomyśli jak to będzie, jeśli nie zmieni nic za rok, za dwa, za pięć i zobaczy co czuje i jak ta rzeczywistość go strasznie uwiera, to nagle sobie pomyśli, że aż strach czegoś teraz nie zmieniać!

Jak pracuje coach?

Uważnie. I to jest słowo, które zawiera w sobie wiele- aktywne słuchanie, obecność, pełną koncentrację. Coach w swoim warsztacie ma mnóstwo narzędzi ( młotek, , szpilki, ekierkę, ołówek i cyrkiel). Serio- bo coach wie, gdzie klienta przyszpilić, tak że czasem troszkę zaboli, ale to taki dobry, rozwijający ból, niby człowiek trochę czuje się jakby dostał młotkiem, ale nie ma śladu, jednak o tym pamięta. No i coach ma taką umiejętność projektowania na bieżąco sesji, nieustanne szycie na miarę i podążanie za klientem.

Dla kogo coaching?

Po pierwsze, bardzo ważne, to coaching jest dla ludzi, którzy tego chcą, którzy czują potrzebę coś zmienić. Bo jeśli Roman przyjdzie do coacha i się okaże, że właściwie to żona go zmusiła, to bez sensu. Niech żona się zgłosi.

Dla ludzi, którzy nie oczekują gotowych, podanych na tacy rozwiązań. Dla tych, którzy chcą pogadać, wspólnie poprzyglądać się opcjom i perspektywom.

Dla ludzi, którzy nie myślą o coachu jako magiku, czy aptekarzu, który da receptę. Bo coach magikiem nie jest, tak samo jak rolnikiem czy kominiarzem też nie.

Dla ludzi, którzy chcą pracować i mają jakiś cel, który chcą osiągnąć, czy zmianę którą chcą wprowadzić. Czują w obecnej sytuacji jakiś dyskomfort i chcą swoją rzeczywistość ulepszyć.

Jak to wygląda?

W ogromnym skrócie, kiedy już człowiek wybierze coacha, przed spotkaniem może być poproszony o wypełnienie jakiegoś arkusza, opowiada trochę o sobie, o czym chciałby pogadać.

Na pierwszym spotkaniu ustala się kontrakt, w którym zawarte są wszelkie ważne kwestie, tak żeby relacja była zakontraktowana i wszystko było jasne. W kontrakcie ustala się zazwyczaj ilość oraz częstotliwość sesji ( zazwyczaj jest to 6-8 spotkań po około 1,5 h).

No i później się pracuje, nad celem, nad zmianą, nad rozwojem 😉 Nie tylko podczas sesji, bo ważny jest też czas pomiędzy spotkaniami, w którym coachee pracuje sam, otrzymuje zadania domowe, które są świetnym uzupełnieniem całego procesu.


Jeśli zaciekawił Cię temat coachingu, takiego którego ludzie się uczą, zanim coachem zostaną, polecam Ci na start-

J. Rogers, Coaching, GWP.

Zapraszam do działania!