A gdyby tak spróbować inaczej?

Inaczej, czyli?

No właśnie. Tak po prostu. Z jakąś taką większą uważnością na siebie i na świat. Z większą łagodnością.

Gdyby na dźwięk budzika dokładnie wtedy zanim jeszcze otworzysz oczy zamiast wkurzać się zbyt bardzo, że to już i znowu dzwoni, pomyśleć sobie „super, czeka mnie wspaniały dzień”. Tak po prostu.

Gdyby tak spojrzeć rano w lustro i zamiast narzekać, że włos nie ułożył się jak trzeba, wziąć grzebień, naprawić co się da, uśmiechnąć się do siebie i tyle. Tak po prostu.

Gdyby zamiast biec w pośpiechu i nie zauważać nikogo, zatrzymać się zupełnie na chwilę. O tak. Powiedzieć sąsiadowi dzień dobry i pogłaskać jego psa. I życzyć komuś miłego dnia obdarowując go uśmiechem. I spojrzeć na słońce. Tak po prostu.

Gdyby zamiast ciągłego trzymania się planu, dać sobie luz. Odpuścić sobie trochę.

Zamiast obawy o koniec świata, bo pozwoliłaś/eś sobie na o jeden moment więcej, wciąż dawać sobie te momenty.

Świat się nie skończy.

Jakiś czas temu przeczytałam świetną anegdotę na blogu Andrzeja Tucholskiego. Fajnymi historiami trzeba się dzielić, więc działam.

Derek mieszkał kiedyś w Santa Monica, w Kalifornii. Spod jego domu ruszała długa, licząca blisko trzydzieści kilometrów trasa rowerowa. Często nią jeździł. Męczył się, zasuwał ile sił w płucach, tyrał, nigdy nie zmiękczał przerzutek i dawał z siebie wszystko, by wykręcić najlepszy możliwy czas. W efekcie trasa zajmowała mu 43 minuty.

Niestety, szybko ją znienawidził. Kojarzyła mu się wyłącznie ze zmęczeniem. Rzucił więc rower w kąt i zniechęcił się do dalszych wyjazdów.

Po dłuższej przerwie postanowił dać trasie ostatnią szansę. Tylko że tym razem zdecydował się jechać tak, by było komfortowo. Niekoniecznie “super wolno”, ale no – sami wiecie – bez maksymalnego wysiłku. Jechał tak, by popatrzeć na ocean. Nacieszyć się świeżym powietrzem. Podobało mu się. Był przekonany, że spędził na tym rowerze długie godziny.

Na podjeździe swojego domu rzucił okiem na zegarek.

Trasa w tej nowej, spokojnej wersji zajęła 45 minut.

O dwie minuty dłużej niż w przypadku forsownego wysiłku.

2 minuty. Czasem tylko tyle kosztuje przyjemniejsza codzienność.

Pogdybajmy jeszcze.

Gdyby zamiast marudzenia i narzekania na byle co, cieszyć się życiem. Tak po prostu.
Gdyby w zamian za każde zamiast- spróbować. Codziennie dać z siebie o kilka procent więcej. Tak zwyczajnie. Po prostu. I patrzeć na rezultaty.
Gdyby zamiast oczekiwać od innych, przyjrzeć się sobie. Z bliska i z zaangażowaniem.
Gdyby zamiast zamartwiania się wstawić działanie i akceptację. Bo martwienie się jest tak samo skuteczne jak mycie zębów palcem. Prędzej czy później będzie z tego klops. Chwila jest ok. Nie dłużej.

Gdyby zamiast kręcić nosem i czekać na lepszą wersję siebie gdzieś z przyszłości, codziennie dokładać zgrabny puzzel pięknej rzeczywistości. O tak. Z uśmiechem na twarzy.

Masz wybór. Wybór czy robisz te wszystkie rzeczy przed ‘’zamiast’’ czy już po. Wspaniałe jest to, że w każdej chwili możesz coś zmienić. Na lepsze, na gorsze. Jak chcesz. Wystarczą tylko chęci doprawione odrobiną  optymistycznego nastawienia w towarzystwie polewy z zaufania. Do siebie i życia.

Zapraszam do działania!