Gra w edukację. A Ty, systematycznie odrabiałeś zadania domowe?

Niedawno miałam egzamin- taka mieszanka, prawie jak uroczy kundelek, część pytań zamkniętych i część otwartych. Otwarte były super, naprawdę. W teście zrobiłam jednak kilka głupich błędów, najpierw byłam zła, że te abcdy mogłam pozaznaczać inaczej, ale po chwili stwierdziłam- jej, ale jakie to ma znaczenie?  

Jak było kiedyś?

Kiedyś tak nie myślałam. Kiedyś chciałam dostawać same najlepsze oceny i być najlepsza ze wszystkiego, bo takie podejście mi wdrukowano. Otoczenie w nas wdrukowuje, że jesteśmy inteligentni, jeśli dostajemy piątki i szóstki. Jeśli je dostajemy, dostajemy pochwałę, pieniążek od dziadków i jesteśmy uważani za porządnych uczniów. Bo w szkole zawsze jest poprawna odpowiedź, jedna, ta którą ktoś uznał za poprawną. W szkole jest matura i nikt nie ocenia tam zaangażowania i ogólnej wiedzy. Pod uwagę zostaje wzięta udzielona odpowiedź, która może być dziełem przypadku, jak trafienie szóstki w totka przez bezdomnego, a może też być fatalnym nieporozumieniem, jak zarysowanie auta, kiedy z każdej strony jest miejsce, a jednak się przerysuje i jest. I szansa na wymarzone studia i przyszłość zostaje odłożona w czasie, przez to że byliśmy zaangażowani, ale nasza wizja świata nie styknęła z wizją świata kogoś innego.

W pewnym momencie już nie jesteś super.

Do około 5 roku życia jest super. Jesteśmy fajni, wszystko robimy fajnie i dobrze, i jesteśmy pochwaleni, bo ładnie narysowaliśmy mamusię albo do końca zjedliśmy parówkę. Jesteśmy kreatywni i to też jest super. A potem idziemy do szkoły i mamy zrobić jedno, drugie i kolejne zadanie i już nie jest tak super. Bo szlaczek ma wyglądać tak, a odpowiedź ma być taka jak w tyle książki.

I co mi dało to jak było kiedyś?

Pomimo, że ówczesne przekonanie aktualnie do mnie nie przemawia, to wyciągnęłam świetne wnioski. W sumie byłam przykładną uczennicą. Ale nie tak, że kułam.. po prostu robiłam wszystkie zadania domowe, projekty, odpowiadałam nauczycielom na pytania i miałam piątki i szóstki też … bo chciałam budować dobre relacje z nauczycielami. Udzielałam się na zajęciach, bo zawsze uważałam że to tak mało fajnie jak nauczyciel zadaje pytanie, a wszyscy błądzą wzrokiem i zamiast dialogu jest monolog, chciałam powymieniać poglądy, komunikować, dzięki temu też świetnie zapamiętywałam. Nie bałam się powiedzieć źle i nie bałam się wyrazić swojego zdania, mimo że wszyscy inni mieli inne- pamiętam jak w podstawówce zostałam za to pochwalona.

Nie za bardzo lubiłam historię i WOS, ale miałam w liceum praktycznie same 5 z tych przedmiotów. I już wtedy wiedziałam, że to nie jest tak że ja wykułam, nie było też tak że ja te przedmioty jakoś totalnie polubiłam, ja po prostu świetnie opracowałam sobie strategie uczenia się, umiałam się uczyć, przy jednoczesnym niewytłumaczalnym talencie wybierania z materiału tego co najważniejsze i zazwyczaj o to pytano na sprawdzianach. I wtedy nie byłam świadoma, że uczę się według metody.

Jaka to metoda?

Robiłam mniej więcej tak, że brałam sobie np. cały dział tej historii, on obejmował około 10 tematów, 40-50 stron. I czytałam, podkreślałam co najważniejsze, i tworzyłam sobie z tego opowieść, spójną, szukałam powiązań, snułam wnioski i sobie to w myślach opowiadałam. Kiedy mi coś umknęło (świetnie pamiętam wzrokowo), wiedziałam na jakiej stronie jest to czego nie pamiętam, doczytywałam co potrzeba i znów ubierałam całą wiedzę w moje osobiste, spersonalizowane pudełko na prezent, które krok po kroku rozpakowywałam, aż światło dzienne dopływało do historii, spójnej, opartej na faktach z książki, rezonującej z moim językiem i wyobrażeniem, takiej historii, którą spokojnie mogłam komuś opowiedzieć i ten ktoś by czaił o co chodzi. I całkiem niedawno dowiedziałam się, że nie mając o tym pojęcia, już kilka lat temu korzystałam z metody Feynmana – zachęcam do obejrzenia, bo stąd się dowiedziałam o metodzie 😉

Co nazwałabym sukcesem?

Dla mnie w szkole sukcesem było to, że potrafiłam fajnie się z nauczycielem dogadać, że stworzyłam super frazę opisującą „Przedwiośnie” i była tak super, że nauczycielka zanotowała sobie w swoim kajeciku i podawała dalej. Sukcesem było dla mnie to, że moja prezentacja nie była czytana z kartki i to, że czasem udawało mi się komuś na sprawdzianie podpowiedzieć, bo fajnie budować takie przyjazne relacje. Raz przesadziłam, kiedy na sprawdzianie postanowiłam napisać dwa rzędy, mój i kolegi … i tak się śpieszyłam z moim, że ja dostałam 4, a jego sprawdzian napisałam na 5 :D. Chociaż to też był sukces!

Jeśli jesteś dobry ze wszystkiego, to znaczy że nie jesteś dobry z niczego.

Z tym totalnie się nie zgadzam. Jest coś takiego jak multipotencjał i można lubić matmę i być dobrym z polskiego i wszędzie doszukiwać się fascynujących powiązań. O multipotencjale świetnie napisała Magda z dopracowani.pl-  klik.

Wypracowałam sobie świetny system.

Cieszę się, bo moja edukacja oparta jest na wartości- ja po prostu lubię się dowiadywać czegoś nowego, lubię się tym dzielić i to naprawdę daje mi poczucie zadowolenia, kiedy się czegoś nowego, fajnego, ciekawego dowiem.

Jest inteligencja, ale właściwie są dwie.

Raymond Cattell wyróżnił dwa typy inteligencji. Inteligencja płynna, taka z którą się rodzimy, taka która stanowi o naszym potencjale. To szybkość i płynność procesów myślowych. Bazuje na czynniku dziedzicznym, genetycznym. To zdolność kojarzenia faktów, rozumowania, szybkiego zapamiętywania i porządkowania treści. Umiejętność abstrakcyjnego myślenia, a także taka ludzka zaradność, jak sobie poradzę w tej sytuacji, a jak wykorzystam zasoby w innej sytuacji.

Inteligencja krystaliczna to wiedza, którą nabywamy oraz nasz doświadczenia. Inteligencja skrystalizowana zmienia się wraz z wiekiem, można się czegoś nauczyć, można też się nie nauczyć- wybieramy.

I to nie jest tak, że to są dwie różne inteligencje. Oba typy na siebie nachodzą, oba są dobre i oba nam służą. Fajne jednak, gdy dobrze rezonują, bo wtedy osiągamy najlepsze efekty, a nasza wiedza podskakuje radośnie jak mały szczeniaczek, który cieszy się na powrót właściciela.

 Co jest ważne dla Ciebie?

Bo jasne, fajnie jak te wszystkie abcdy się zgadzają i się dostaje 5, a przy dobrych prądach też stypendium. Fajnie wiedzieć to i tamto, ale nie tak dla samego wiedzenia, tylko tak żeby się tym dobrze dzielić. Dostałam mnóstwo piątek i szóstek, ale to w ostatnim miesiącu udało mi się poczuć flow, płynęłam.

Pozbierałam do kupy wszelkie rady dotyczące projektowania narracji do prezentacji, tworzenia samej prezentacji, wszelkich schematów w komunikacji i zaprojektowałam dwie prezentacje. Oprócz tego je wygłosiłam. Wyszłam ze strefy komfortu, opowiadałam i wszystko szło tak jak chciałam. Byłam przygotowana. Nie dość, że byłam bardzo zadowolona, wiedziałam że mam do przekazania coś ważnego, to usłyszałam mnóstwo pozytywnych słów. Takie słowa, które budują, które powodują, że człowiek na chwilę rośnie o te 15 cm i przez kilka sekund czuje wielką dumę i wie, że to co robi ma sens, i że dla takich chwil, warto siedzieć i tworzyć, wyrzucać i tworzyć.

Bezcenny wniosek na koniec.

Nadal w większości miejsc funkcjonuje ocenianie na podstawie udzielenia jedynej poprawnej odpowiedzi. Ale ja myślę inaczej… szukajmy tego, co daje nam fun, w czym czujemy się dobrze i czujemy, że robić warto, a mniej się przejmujmy, że zrobimy jakiś błąd. Bo jakiś błąd nie ma znaczenia, jeśli jesteśmy takimi pozytywnymi świrami i oddajemy w to co robimy tyle siebie, tyle zaangażowania, że błysk z naszych oczu mógłby oświetlić całe pomieszczenie i korytarz.

Nie piątka z testu, nie dobry wybór z abcd, nawet nie ocena z dyplomu zdecyduje o tym jak sobie w życiu poradzisz i czy dojdziesz tam, gdzie chcesz, gdzie Ci się marzy i gdzie idziesz. To jakim jesteś człowiekiem, to jakie relacje nawiązujesz z ludźmi. Bo mam takie przeświadczenie że karma wraca i jednak dobro krąży gdzieś we wszechświecie. To jak wykorzystasz wiedzę, którą posiadasz, bo można mieć wiedzę tak dla mienia, ale w życiu nie odważyć się wysunąć chociaż małego palca stopy poza granicę strefy komfortu i tę wiedzę kitrać tylko dla siebie. Tylko po co?

Zostawię Was z cytatemDziałaj tak, jakby to co robisz, czyniło różnicę. Bo czyni”. W. James.
Moja koleżanka mawia, że lubi ludzi, którzy robią różnicę. A co Ty możesz, zrobić żeby taką różnicę czynić?

Zapraszam do działania!