Jak walczyć o marzenia? Do końca. Do końca walczyć.

Po co marzenia spełniać?

No właśnie. Marzymy o czymś. Przez miesiąc, pół roku, rok, dziesięć lat. A marzenie spełniamy przez moment, przez chwilę, przez… nie wiem? Moment taki przyjemny niezwykle i wyjątkowy, ale jednak moment, który minie czy tego chcemy czy nie. Może to wprowadzić tak jakby trochę smutku, ale tak po prostu jest z marzeniami- są po to, żeby je spełnić, pobyć w tej magicznej chwili, wznieść się emocjonalnie, a potem mieć wspomnienie w sercu i w głowie, i satysfakcję. Ogromną taką. Budującą mosty, inspiracje, życie. I mieć poczucie, że robimy coś ogromnie wielkiego i doskonałego, bo spełnianie marzeń takie właśnie jest. Unosi. Sprawia, że egzystencja wydaje się być jakaś bardziej odpowiednia, smaczna i z sensem niemałym.

Chodzi o to, żeby nie myśleć za dużo- tylko iść. Po prostu za tym co czujemy. Bo jeśli nie pójdziemy to zostanie pomyśleć kiedyś: „no miałam/em takie marzenie i jeszcze inne, ale nie chciało mi się angażować zbyt bardzo, a taki był wymóg. No i szkoda. Teraz zostało tylko coś na kształt życie mnie mnie.  Stwierdzenie, że było skutecznie. Skutecznie unikało się przyjemnych ścisków i uniesień. Zostaje irytacja, rozczarowanie i złość. I po co to?

Był to pretekst.

Właśnie. Bo ja bardzo niedawno spełniłam marzenie. No tak na 70% powiedzmy. Ale i tak czad. I ta refleksja o spełnianiu marzeń się tak jakby narodziła w ramach tego, że strasznie duże przemeblowanie emocjonalne we mnie wystąpiło. Bo koniec końców ja bardzo lubię w śmieszki, ale z drugiej strony to refleksyjna ze mnie istota i czasem tak analizuję, i tworzę wywody głębokie niczym dziura w brzuchu wiercona latami przeżyć.

Wszystko zaczęło się jakoś w październiku zeszłego roku. Przyjaciółka mówi:
-O zobacz, Dawid Podsiadło, Małomiasteczkowa Trasa, chodź jedziemy.
Mi gdzieś w głowie zabrzmiało: Znowu jadę do Ciebie sam, znowu jadę… i mówię:
-Dobra, fajnie w sumie. Zobaczymy co i jak.

Niby był entuzjazm, ale tak bez fal. Bo działanie wystąpiło zbyt późno. Daty koncertów zdobił napis jakże dla człowieka chcącego iść na koncert rozczarowujący- sold out.

A w międzyczasie zadziało się wiele, a mianowicie fascynacja artystą. Niezwykłym. Utalentowanym. Specyficznym. Wesołym i smutnym jednocześnie. Przez fascynację chęć udziału w koncercie urosła szalenie mocno.

W grudniu mówię do przyjaciółki:

-O zobacz, Dawid, Wielkomiejski Tour, nie ma bata- jedziemy!*
* Błysk w oczach, radość, szczęście.

I w grudniu zapolowałam, zgodnie z intencją Dawida- nie na dziki, na bilety tylko. A było to wyzwanie. 4 minuty. Dokładnie w 4 minuty rozeszły się bilety na całą trasę. Miałam dwa. I było trochę przygodnie, bo to wyrzuciło mnie z płatności, to nie wiedziałam jak wygląda hydrant/witryna sklepowa/ sygnalizacja świetlna. Już był moment, że chciałam się godzić, że się nie udało, ale… ja uparta jestem jak chcę coś osiągnąć. Próbowałam raz, drugi i … dwa piękne bilety wylądowały na mojej skrzynce mailowej. Bilety na koncert na koniec kwietnia. Prawie 5 miesięcy oczekiwań.

Przeżycie.

Czas, jak to czas- zleciał. I pojechałam. Przyjaciółka też. Bardzo to ogromne przeżycie. Jechać tak. Z nadzieją, oczekiwaniem, z jakąś myślą- co mnie czeka?!

I koncert był cudowny. Naprawdę. Chłonięcie chwili. Bez telefonów, bez zbędnych myśli- bycie tu i teraz, i radość z tego przebywania. Ten dźwięk, światło, ruch, aranże, piękny kontakt  z ludźmi. Ten zachwyt. Bycie częścią wydarzenia artystycznego po tak długim oczekiwaniu. Po 5 miesiącach- teraz– gra, śpiewa, tańczy- tu na scenie, tuż obok. A w głowie zapis każdego momentu, na twarzy uśmiech, w sercu przyjemność. Tak, było bardzo przyjemnie!

I to wszystko spowodowało, że nabrało się takiej chęci wypowiedzenia się w stylu:

-Dawid, to było naprawdę wyjątkowe! Uczestniczenie było przyjemnością niemałą.

Wymiana uśmiechu, podpisanie płyty.

I tego właśnie niestety zabrakło. Dawid nie wyszedł. Ale rysował się cień nadziei, bo kolejnego dnia też miał koncert dokładnie w tym samym miejscu. Natychmiast pojawiła się w głowie myśl, że szanse są i to spore, że może wtedy pojawi się okazja do wymiany zdania, uśmiechu, emocji. Szalenie i spontanicznie pojechałyśmy. Bo ja uparta jestem. Naprawdę. Pomyślałam, że wolę być rozczarowana z powodu, że pojechałam, a Dawid nie wyszedł, niż że nie pojechałam, a on wyszedł. No bo wtedy to już pretensje tylko do samej siebie i po co mi to.

Niestety, drugiego dnia Dawid również nie wyszedł. Ludzie stali, krzyczeli, plan był jednak inny. Na pocieszenie (powiedzmy) została obserwacja jak wszyscy pakują się do auta, a sam Dawid uśmiecha się i macha.

Koniec końców wyrzuciłam ze wspomnienia to rozczarowanie i zostawiłam jednak radość- bo to był najlepszy koncert w moim życiu.

Reszta marzenia ma jeszcze czas. Kolejna trasa, kolejne emocje i może wtedy przyjdzie wymienić uśmiech 😉 Teraz już (przecież doskonale wiesz)  patrzymy tylko w dobrą stronę. Jest na co czekać.

Jak ja lubię takich ciekawych, utalentowanych ludzi! Z niebanalnie atrakcyjną duszą, która przelewa się w twórczość. I teraz jest taki czas, kiedy to jak nastolatka od tej twórczości nie mogę się odkleić.

Jeśli nie idzie drzwiami, trzeba oknem.

Jestem totalnie wielkim zwolennikiem strategii walczenia o realizację swoich marzeń do końca. Ja tak robię i mogę uroczyście stwierdzić, że po takich momentach czasem trochę szalonych i spontanicznych to jestem z siebie bardzo dumna. Że mi się chce, że próbuję, że jak wiem, że coś ode mnie zależy- to mogę na sobie polegać. Bo nie zawsze wszystko zależy od nas i jeśli nie to musimy trochę liczyć na szczęście, a jeśli od nas- to musimy liczyć na siebie.

Kiedyś na przykład ubzdurałam sobie, że chcę jechać na finał Voice of Poland na tydzień przed finałem. I była możliwość wygrania wyjściówek. Trzeba było napisać krótki wierszyk wspierający swojego faworyta. I ja jak to ja, mnie długo na wierszyk rymowankę nie trzeba namawiać- siadam i piszę- napisałam. Niestety liczyły się lajki i te lajki ludzie mogli sobie kupować… i tak też robili. Uczciwie nie było szans. Ale w sumie to dużo miałam tych lajków. Jestem uparta, nie chciałam się poddać. Bez walki, tej do końca. I napisałam do VoP. Odpisali mi, że niestety ale nie rozdają już wejściówek, ale… (tu jawi się nadzieja) wejściówki były jeszcze do wygrania w Esce. Ranne Ptaki, Jankes i wykonanie piosenki na żywo, na antenie- hoho. Więc przygotowałam się, napisałam szalenie kreatywnego maila dlaczego to do mnie powinni zadzwonić i ja mam zaśpiewać, i wygrać. I codziennie wstawałam przed 6 w oczekiwaniu na telefon. I się doczekałam, zaśpiewałam ładnie, wydarłam się okrzykiem radości… i spełniłam marzenie, a może celo-marzenie. I to wszystko dzięki temu, że jestem uparta i jak zaczynam to walczę do końca.

Zachęcam.

Bardzo zachęcam do takiego działania, jeśli zależy Wam na przeżyciu czegoś. Bo to są chwile, ale życie to też chwile. Chwilami budujemy siebie, otoczenie, swój świat, swoją prywatną przestrzeń i wspomnienia.

Tak już mam, że chcę w życiu czegoś doświadczyć- ciekawego, fajnego, związanego z takim emocjonalnym przemeblowaniem, bo wtedy czuję bardzo sens tego bycia tu.

Kończąc refleksję mającą na celu wyrazić entuzjazm z walki do końca, pamiętajcie, że życie nie polega na tym, żeby czekać i brać wszystko jak leci bez jakiejkolwiek selekcji. To my projektujemy historie, które budują nasze wczoraj, dziś, jutro. Jeśli się zaangażujemy chociaż trochę i powalczymy, możemy śmiało sprawdzać co jesteśmy w stanie od świata dla siebie wziąć.

Zapraszam do działania!