Świetny weekend tego roku, czyli o tym jak spełnić marzenie w lesie.

Była taka lista…

Kiedyś zrobiłam sobie taką listę rzeczy, wiecie takich, które chcę zrobić w życiu. Zostawiłam tę listę otwartą, gdyby kiedyś przyszło mi do głowy skoczyć z 10. piętra albo na przykład skoczyć
z klifu w Gdyni. Na tej liście znalazło się jednak miejsce na festiwal. Dokładnie miał to być festiwal muzyczny, bo tak co roku siadałam przed tv i tak sobie myślałam… no fajnie mają Ci ludzie, za rok też pojadę i mijał rok, a ja nie jechałam. Jako człowiek, który ¾ dnia coś sobie śpiewa i nuci to naprawdę sądziłam, że to wcale nie jest spoko, że mnie tam nie było. W tym roku byłam odrobinę mądrzejsza i ta moja mądrość przejawiła się w tym, że już w lutym zasiadłam to obserwacji jak wygląda sytuacja biletowa. Trochę byłam w szoku, bo wcale takich super miejsc na maj już nie było. Po te super musiałabym się udać chyba już w grudniu. Pomyślałam jednak, że liczy się obecność, więc dokonałam świetnego zakupu trochę w ciemno, bo nie wiedziałam kto wystąpi. No dobra, spodziewałam się Krzysia Ibisza.

Najgorsza akcja życia.

Od lutego do przedwyjazdowego czwartku czas upłynął niesamowicie, można powiedzieć trzasnął jak koń na wyścigu. I kiedy ten czwartek już nastał wraz z nim nastał czas na jedną z najgorszych akcji w życiu, była to akcja pod kryptonimem #WeźSięAgaSpakuj na 3 dni nad polskie morze. Szok. Wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, co to jest prawdziwy problem i, że mieści się on gdzieś pomiędzy – nie mam co ubrać, a mam tyle rzeczy, że nie wiem co zabrać. Misja zakończyła się sukcesem. Tylko walizka ważyła jakieś 10 kg… rano była siłownia, spacer farmera, tylko walizeczka w jednej ręce… naprawdę nie wiem czemu nie każdy dworzec posiada system góra- dół bez schodów- windę.

Gdy nadjechał pociąg, potwierdziłam słuszność stwierdzenia Piotra Buckiego „Wszystkie najgorsze rzeczy w życiu też są za darmo” i jakże słuszny komentarz, że wcale nie, bo trzeba płacić za PKP. Wciągnąć te 10 kg walizki przez tak wąskie drzwi, wchodząc na te szalone, zaprojektowane chyba przez mordercę schodki, to prawdziwe wyzwanie dnia codziennego, powinni za to nagradzać co najmniej kawą i ciastkami.

Po pokonaniu tego wejścia z tą walizką, nastąpiło wyjście z pociągu tym samym szlakiem. Było równie ryzykownie.

Potem było już jednak tylko lepiej, milej i słoneczniej 😉

Centrum wszystkiego.

Wszędzie miałyśmy blisko, naprawdę. Miałyśmy wszędzie tak blisko, że taxówki odmawiały nam usługi, bo kierowcy twierdzili że się to nie opłaca. Ja tylko do dziś nie wiem jak to się stało, że mój krokomierz w 3 dni naliczył nam 60 tys. kroków i 43 km. To pewnie wynikało z tej bliskości do wszystkiego :D.

Gdybyście kiedyś szli do Opery Leśnej na festiwal, pamiętajcie żeby nie zabierać ze sobą otwartej wody, bo i tak Wam ją zabiorą. Tylko zamknięta oryginalnie. Moja woda i ja zostałyśmy w separacji.

W Operze było pięknie, wszystko świeciło, ludzie zadowoleni, wszyscy robili sobie selfie, ewentualnie stali w kolejce po piwo, nie wykluczało to jednak robienia selfie.

Skoro już tak sypię radami, z góry uprzedzam- trzeba uważać na krzesła. Muzyka gra, ludzie się bawią, ram pam pam, wstają, siadają, to się krzesło raz zamknie, 3 razy nie i jak już człowiek się przyzwyczai, że się nie zamyka to siada, a tam krzesła nie ma. Krzesła nie ma, jest ból i śmiech :D.

Klimat był super, po prawej las, po lewej las, na środku to Sławomir, to Doda, trochę Sylwia Grzeszczak i też Ram pam pam- Popek. Pierwszego dnia wcale nie było człowieka tzw. rozgrzewki, który krzyczy brawo, brawo, brawo i klaszczemy na 3 i 4, a ludzie byli całkiem ogarnięci i cwani, radzili sobie ;-). Na duży plus zadaszenie, bo w piątek wieczorem lałoooo, że hoho. Drugiego dnia ktoś przewrócił piwo i się lało, i kobieta miała pecha, bo siedziała akurat pod antresolką, no cóż.. trochę pech zapłacić i jeszcze zaliczyć płukankę z piwa nagle i nieoczekiwanie.

Weteranki.

Drugiego dnia jako zaprawione w boju weteranki festiwalu, wyruszyłyśmy w trasę później, bo na bilecie nakłamali że 19.30, a wszystko startowało 20.05. Taki trik żeby się ludzie nie spóźniali. Widok kobiet w męskiej toalecie nie robił już na nas żadnego wrażenia.

Baa, nawet przez chwilę przeszło nam przez myśl, żeby wziąć ze sobą kabanosy na zagrychę, tak wiecie….na mały głód pomiędzy „Wszystko albo nic”,  a Filipem Lato. Byłam jednak ostrożna, powiedziałam nie bierzmy, bo zabiorą. Powiedzą, że naostrzymy kabanosy zębami i będzie to narzędzie zbrodni! Wybrałyśmy wafle ryżowe tzw. styropian.

I z trasy drugiego dnia, pamiętam taką totalnie śmieszną rzecz, ale taką na maxa, ludzie normlanie nie mogli ze śmiechu. Wiecie jak zaskoczyć typa z ulotkami przed Operą Leśną, jeśli ma się już inną ulotkę? Uśmiechnąć się uroczo i powiedzieć -WYMIANA! Człowiek taki zdezorientowany, że najpierw to się zaczyna śmiać, a potem to już mówi tylko -mhmhhmm, no jasne!

W sobotę tyci, tyci trzeba się było urwać z jubileuszu Michała Bajora. Bałam się, że tak się wzruszę, że 3 dni będę płakała, a kurczę tydzień pełen wyzwań, nie mogę sobie pozwolić na takie wzruszenie.
I tak szłyśmy sobie tym Monciakiem, no nie powiem zimno nie było, ale upału już o 23 również nie było. A wokół pełno dziewczyn w sukienkach, szpilkach, bez kurtek! I wtedy zaczęłam rozważać słuszność teorii, którą zasłyszałam w pociągu, mianowicie- prawdziwy facet to musi wypić w weekend pół litra, tak na lepsze krążenie. I tak sobie pomyślałam, i jestem prawie pewna, że te dziewczyny wykreśliły słowo facet, wstawiły człowiek, dziabnęły pół litra i im tak dobrze wszystko bez tych kurtek krążyło. Jest metoda!

Powiedzonko.

Jak to mówi stare powiedzenie- wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było wrócić i opuścić ten cudowny trzydziestostopniowy upał, to gorące morze, piękne piaski i ze złocistą opalenizną wsiąść ponownie do pociągu. Było już odrobinę lepiej człowiek zaprawiony w boju, tylko w tym pociągu z 300 stopni, białko się ścinało, tory wydłużały, a ja wyrażałam wdzięczność że w aucie to jednak jest ta klima i to jest wynalazek, i o tym warto mówić. Oczywiście nie obyło się bez przygody, bo pan wysiadł z przedziału, coś zostało na miejscu bagażu. Moja towarzyszka podróży zaczęła bardzo szybko rozważać, czy pan coś zostawił, czy to może bomba. Postanowiła szybko to sprawdzić, bardzo szybko. Tak szybko, że gdyby to była bomba, to myślę że już byśmy nie żyły, ale przynajmniej wiedziałaby że dobrze obstawiała. Jednak ostatecznie okazało się, że była to zasłonka okienna pociągu. Bez bomby.

Ciężko wrócić do rzeczywistości, bo już człowiek poczuł wakacje, ten wiatr we włosach i ciepły promień słońca i tę słoną wodę z morza. Teraz to jakoś ciężko się odnaleźć w upalnej, miejskiej dżungli.

Koniec końców, polecam Wam robić rzeczy, które chcecie zrobić, bo tak fajnie sobie odhaczyć coś kolejnego i podoświadczać. Człowiek spełniony, przeżycia fajne i jest o czym opowiedzieć. Było super!


A jeśli wybieracie się do Sopotu w najbliższym czasie polecam serdecznie odwiedzić:

  1. Śliwka w kompot.
  2. Cocktail Bar Max Sopot

Zapraszam do działania!