Chuchaj na siebie nie zdmuchując innych.

Historia, która wyjaśnia.  

„W poniedziałek byłam smutna. Ale dziś już nie jestem smutna. W poniedziałek zakończyłam relację, z którą wiązałam nadzieje. Ale nadzieje umarły”. Tymi słowami swoją mowę konkursową podczas pierwszego festivalu storytellingu w Bydgoszczy rozpoczęła Pani Danuta Prot. Dalej była historia. Historia, która wiele wyjaśnia. Historia, która pokazuje, że nie warto cierpieć zbyt długo. Historia, która pokazuje, żeby nie przesadzać, kiedy nie warto. Historia, którą gdzieś poniżej Wam przytoczę.

Kiedy głowa wydaje się być ofiarą.

Są w życiu takie momenty, że wydaje Ci się, że sytuacja jest krytycznie katastrofalna. Wszystko wali się na głowę. Najpierw spada książka, potem półka, zaraz po niej lampa. I pewnie myślisz że jest już najgorzej i nie może być gorzej, a okazuje się, że może być. W każdej chwili na głowę może spaść też sufit.

Moje cierpienie nie jest Twoim cierpieniem.

Są takie dwie opcje, kiedy dzieje się nie tak. Kiedy życie boli i mnóstwo rzeczy doskwiera. Kiedy miałaś plan na życie i życie się dzieje, ale nic zgodnie z planem. Bo niby facet miał być tym rycerzem na białym koniu i najpierw miały być romantyczne randki i jeszcze więcej randek, i po ich odpowiedniej ilości miał paść na kolana i poprosić o rękę, i dalej miało być już tylko i żyli długo, i szczęśliwie. I albo nie ma rycerza, albo wciąż szuka konia, albo randka była tylko jedna. Albo było ich kilka, ale gdy padał na kolana zdałaś sobie sprawę, że jest jak w bajce, tylko bajka nie jest Twoja. Bo niby miała być praca w stolicy. Lepsze jutro, lepsza przyszłość. Dużo kasy, super znajomi, nowe kompetencje. Są nadgodziny wymieniane na urlop, na który nie masz z kim pojechać.

Wracając do tych dwóch opcji to albo rano do makijażu domalowujesz uśmiech i udajesz, że wszystko jest super. Jesteś silna, niezależna, życie Cię bawi i jest ekstra. Z demakijażem uśmiech zmywasz, a zasłaniając rolety zaczynasz ryczeć. Ryczysz, bo nie akceptujesz tego co się dzieje. Nie chcesz też się przyznać jak bardzo Ci źle, więc nikomu nie mówisz. Tylko ryczysz.

Druga opcja nie wyklucza ryczenia. Ale w tej drugiej przekazujesz swój problem, ból i cierpienie dalej. Z jednej strony to super pomysł. Dzielenie się swoimi rozterkami z innymi pomaga. Wygadamy się, ktoś nas posłucha i to już jest dla nas nagroda. Zostajemy wysłuchani. Czasem ktoś nas przytuli. Wtedy w naszym organizmie wytworzą się hormony odpowiadające za poczucie szczęścia. Jeśli to wszystko zagryziemy czekoladą to na chwilę jest już naprawdę prawie super.

Dopóki nie zaczynasz obarczać kogoś sobą zbyt mocno.

Wielka decyzja o zacerowaniu skarpety.

Nie zacerujesz skarpety, jeśli po każdym ponownym ubraniu będziesz wkładała w dziurę palec, a momentami stwierdzisz, że sprawdzisz czy nie zmieszczą się w nią dwa. Nikt nie będzie Cię w stanie pocieszyć, jeśli sama się nie pocieszysz. Nic nie będzie Cię w stanie pocieszyć, jeśli nie zmienisz podejścia do życia. Jeśli będziesz kogoś obarczać zbyt mocno, zbyt długo, po prostu zbyt to ten ktoś się zmęczy. Ten ktoś będzie miał dość i może nie powie Ci weź się zlituj, weź skończ się użalać, weź się, ale tak pomyśli. I będzie się powoli oddalać z wodospadu rozpaczy. Obarczając kogoś swoimi problemami nie wiesz, czy ten ktoś nie ma gorzej. Bo może w obszarze, na który Ty narzekasz ma mnóstwo przykrych doświadczeń, wspomnień, obaw i lęków. Może sypiesz komuś sól w miejsca, w których otwierały mu się żyły. Może chuchając na siebie zdmuchujesz kogoś innego.

Cierpienie nie uszlachetnia.

I zapisz to sobie albo zapamiętaj, albo jedno i drugie. Trochę tak nas uczono, że uczucia, wielkie dzieła, że one rodzą się w cierpieniu. Cierpienie samo w sobie jest subiektywne. Ważną rolę odgrywa tzw. psychiczna sprężystość, czyli umiejętność szybkiej zmiany perspektywy, nadanie cierpieniu pozytywnego znaczenia. Użalając się odbieramy sobie szansy. Użalając się w pewnym momencie zaczynamy wkurzać innych. Użalając się odbieramy sobie możliwość zrobienia kroku wprzód, kiedy w przodzie kroków jest tak wiele. Użalając się stawiamy przecinki tam, gdzie już dawno powinny być kropki. Naucz się stawiać kropki. To zdrowe 😊 Naucz się nie poszukiwać usprawiedliwienia dla cierpienia i nieszczęść. Poszukaj. Poszukaj czego takie doświadczenie Cię nauczyło.

Kowal kowalowi nierówny.

Mówi się, że każdy jest kowalem swojego losu. Ja się z tym trochę zgadzam, trochę nie. Jednoznacznie można byłoby to ocenić, gdybyśmy wszyscy mieli równy start, a tak naprawdę startujemy z totalnie różnym zapleczem. Zapleczem, na które nie mieliśmy wpływu. Bo nie decydujemy o tym, czy rodzice zapiszą nas na język obcy czy balet, a może pływanie. Bo jeśli nas zapiszą to jest duża szansa, że nam się spodoba i to rodzice w pewien sposób kształtują nas jako człowieka i dopiero potem już z zapleczem decydujemy co z tym zrobimy. Są jednak sprawy, w których naprawdę możemy decydować i zrobić dla siebie coś dobrego lub nie.

Każdy z nas może być lepszą lub gorszą wersją siebie. Żeby być tą drugą wystarczy robić nic. Można użalać się, narzekać i generalnie topić się w swojej rozpaczy stanowiąc zagrożenie powodziowe dla osób wokół. Żeby być wersją lepszą trzeba nad sobą pracować. I to jest proces i praca nawet nie na etat. To jest praca na 24 h na dobę i nie pracujemy w celu ewentualnego wypoczynku na emeryturze. Pracujemy, żeby głowie było lepiej. Bo naprawdę to

Rzuć sobie koło ratunkowe.

I nie oszukuj siebie. Ufaj sobie i podchodź z zaufaniem do życia. Bądź szczera i jeśli masz podły nastrój to nie przyklejaj na siłę uśmiechu i nie udawaj, że jest super. Szczęście, radość i wszelkie pozytywne emocje są pożądane przez społeczeństwo i ludzie lubią ludzi pełnych energii i uśmiechu, ale świat się nie zawali jeśli zrobisz sobie dzień poczwary, paskuda czy laleczki Chucky. Odpuść sobie udawaną miłość do każdego dnia z palety tych 365, w których jest miejsce na różne emocje. Przyjrzyj się życiu. Zatrzymaj się, oddychaj i zbadaj swój sposób funkcjonowania. Swoje cele, wartości, nawyki, nałogi.

I weź sobie zanotuj, że nie chodzi o to żeby mieć życie marzeń. Plan na to jak ma wyglądać życie z uwzględnieniem zaplanowania każdej chwili, po której następuje ciąg kolejnych zaplanowanych chwil z marzeń. Chodzi o to, żeby najprzyjemniej jak się da życie przeżyć. Życie Twojego życia, nie życie Twoich marzeń.

Historia o królewnie i cierpieniu.

Podzielę się z Tobą historią, która wywarła na mnie bardzo duże wrażenie. Była sobie królewna, która nie miała męża. Niegdyś usłyszała od babci słowa, które to słowa wyryły się bardzo mocno zarówno w jej pamięci jak i sercu. Mianowicie usłyszała, że żaden mężczyzna nie zasługuje na jej miłość. Król zamartwiał się o córkę. Nie chciał, żeby została sama. Królewna uległa namowom ojca i wymyśliła, że wyjdzie za mąż, ale pod pewnym warunkiem. Król miał zwołać wszystkich chętnych. Mieli się zebrać pod murem i wytrwać tam 365 dni i nocy. Ten kto wytrwa w nagrodę za swoje cierpienie miał ożenić się z królewną. Pod murem zebrali się ochotnicy. Latem podczas upałów odeszła połowa. Kiedy zabrakło jedzenia odeszła połowa połowy. Kiedy zaczęło robić się zimno zrezygnowała jeszcze połowa połowy z pozostałej połowy. W listopadzie został jeden ochotnik- syn praczki. Królewna spoglądała przez okno, krzątała się coraz częściej, aż pewnej nocy wyszła w przebraniu praczki zanieść chłopakowi jedzenie. Kiedy zeszła do niego ujrzała spojrzenie szczere i pełne miłości. Po powrocie ogłosiła królowi, że wyjdzie za mąż. Król cieszył się niesamowicie, zwołał styczniową ucztę na cześć przyszłego zięcia. Jednak 364 dnia stała się rzecz nieoczekiwana. Syn praczki odszedł spod muru. Wrócił do domu, do matki. Kobieta zapytała go co się stało, czy nie mógł wytrzymać  jeszcze jednego dnia. Na co syn odpowiedział jej: „Oczywiście, że mogłem wytrzymać jeszcze jeden dzień. Ale coś zrozumiałem. Matko, królewna już dawno widziała, że stoję sam. Powiedziała nawet królowi, że będę jej mężem. Pomimo to nie zdołała znaleźć w sobie trochę ciepła i podarować mi chociaż jednego dnia cierpienia. Ktoś kto nie jest w stanie podarować cierpienia chociaż nic go to nie kosztuje, nie zasługuje na miłość.

Nie bądź już smutna.

Mowa konkursowa zakończyła się słowami: „Nie, nie byłam już smutna. Zrozumiałam, że to dobrze, że się rozstaliśmy. On nie był w stanie znaleźć w sobie ciepła, żeby podarować mi choć trochę cierpienia. Ja też nie byłam w stanie znaleźć w sobie czegokolwiek, żeby podarować cierpienie jemu”.

Czasami brakuje czegoś co dawałoby przywilej istnienia i jeżeli tego brakuje nie warto się smucić. A przynajmniej smucić zbyt długo. Jeśli coś zasługuje na istnienie znajdzie się powód, dla którego ma to istnieć.

Zapraszam do działania!